Powrót do strony głównej

Czytam


goodreads.com

KONTAKT Z AUTORKĄ

Kategorie: Wszystkie | Komiks | Przemyśliwam
RSS
piątek, 17 lutego 2017
Cud terażniejszości



Po półtora roku kształcenia zawodowego i roku pracy na stolarni doszłam do wniosku, że jestem gotowa na spotkanie z podwykonawcą. Z wykonawcą remontu czyli. Własnego. Znaczy mojego. Oczywiście w pierwszej kolejności stawiałam na wykonawstwo własne, ale kiedy uświadomiłam sobie, że po ośmiu godzinach zasuwu mam wracać do domu z piłą i wiertarką w dłoni mój entuzjazm znacznie osłabł. Zresztą. Przecież teraz już wiem jak taki remont powinien wyglądać. I co można spartolić. I jak się rozmawia z polskim robotnikiem. No przecież sama jestem robotnikiem to wiem, no nie?

I stało się tak, że pewnego październikowego poranka za sprawą mojej Mamy pojawił się u nas Pan Stanisław Od Wszystkiego (przypomnijcie mi, że mam zrobić poczet świętych rzemieślniczych. Są bardzo ciekawymi postaciami). Rekomendowany przez Internet właściciel Europejskiej Firmy, który szczęśliwie podjął się remontu naszej łazienki oraz toalety. Mama w zachwytach. Panu robota w rękach się pali. Ja nic nie muszę. Pięknie jest.

Po pierwszych trzech tygodniach Pan Stanisław podjął męską decyzję i wywalił wannę. W celu wymiany na brodzik. Przy okazji wyciepał też umywalkę, żeby potem nie nosić. Po czterech dniach bez możliwości wykąpania się (przypominam: osiem godzin pracy fizycznej, pylącej i pocącej) delikatnie zagaiłam:
- Przepraszam, kiedy mogę spodziewać się montażu brodzika?
- W czwartek.
Jaki rzeczowy! Uniosło się moje serce, albowiem był wtorek. W następny czwartek moje podejrzenia zagęściły się.
- Panie Stanisławie. Brodzik miał być w czwartek. Jest czwartek, tyle że tydzień później, a ja nie widzę tu nawet kafelków na ścianie.
- Kochana Pani. Przecież ja tu robię wszystko najszybciej jak się da. Szybciej się nie da, przecież to musi wszystko wyschnąć, poczekać trzeba, pani nie myśli że taki klej to w jeden dzień schnie.

Zła na siebie (stolarz nie glazurnik, mogłam nie wiedzieć) zamknęłam dziób i poszłam do kuchni. Dobijający się z podświadomości głos rozsądku raportował mi, że gdyby warstwa zaprawy miała mniej niż pięć centymetrów pewnie by schła jeden dzień. Że mieszkanie nie musi przez dwa miesiące wyglądać jak po przejściu białego i bardzo pylistego tajfunu. Że zdjęcie kibla na 24 godziny i proponowanie mieszkańcom, żeby załatwiali potrzeby do wiaderka ostro odbiega od standardów. I że wyrzucanie petów przez okno do ogródka klienta (czyli mojego) jest zwykłym chamstwem, którego naprawdę nie muszę tolerować. Dołożywszy do tego spostrzeżenia kompletną partaninę wykonawczą i moje uwagi na jej temat, odwróciłam się w stronę kuchennego stołu.

Za stołem siedział Pan Stanisław i siorbał herbatkę. Z lubością. Poczułam jak mi rośnie ciśnienie. Najpierw w okolicach kolan, potem brzucha. Splotu słonecznego. Ramion.
Pan Stanisław spojrzał na mnie wzrokiem łagodnym i nieco nieobecnym.
- Wie pani - zaszumiał kojąco - ja widzę, że pani się za dużo denerwuje. A to przez to, że pani nie żyje teraźniejszością. Czytała pani “Potęgę Teraźniejszości”? Wie pani, tam autor pisze, że ludzie żyją albo przeszłością albo przyszłością a nie umieją żyć tu i teraz. Nie umieją się cieszyć tym co jest. No niech pani spojrzy, pani się denerwuje a mi dobrze, bo myślę teraz o tym jak mi przyjemnie pić tę herbatę i to mnie cieszy, nie przejmuję się tym co było, co będzie za chwilę...

Nastała cisza. Grzecznie podniosłam swoją szczękę z terakoty, ustawiłam kolana w pozycji “do odmaszerowania” i poszłam szukać miejsca, w którym mogłabym przetrawić chwilową teraźniejszość doznań. Teraz już wiem, że rok to jednak zdecydowanie za mało na chociażby powierzchowne zgłębienie psychiki Polskiego Rzemieślnika. A klej musi wyschnąć. Przecież.