Powrót do strony głównej

Czytam


goodreads.com

KONTAKT Z AUTORKĄ

Kategorie: Wszystkie | Komiks | Przemyśliwam
RSS
sobota, 23 marca 2013
Jeśli dziś sobota to jesteście głupi

W społeczeństwie spada umiejętność czytania ze zrozumieniem. Ogólnie w społeczeństwie jak sądzę. Zaraz powiecie, że to zależy od kilku czynników a jednym z nich na-pewno-ale-to-na-pewno jest wykształcenie. Otóż nie (podobnie jak wykształcenie nie jest wyznacznikiem kultury osobistej).

Można sobie obejrzeć to zjawisko w internecie. Być może jest to w jakiś sposób związane z Zawsze Wszystko Tłumaczącym Wyścigiem Szczurów. Przeciętny pracownik sektora bankowego, w przerwie na muffinkę z kawą, zwyczajnie nie ma czasu na czytanie całego, często przydługiego tekstu. Czyta wyrywkowo, zawieszając jedno oko na kluczowych czasownikach artykułu, a drugie na wystającej z prawej kolumny reklamie stanika. Pewnie dlatego musi potem nosić okulary.

Wszystko to bzdury. Jakim cudem mają więc czas na wystukanie czterystu siedemdziesięciu trzech komentarzy, z których trzysta dwanaście dotyczy prowiniencji autora artykułu, osiemdziesiąt dwa koncentrują się na ekspresyjnym wskazywaniu winnych za stan dróg i gospodarki, a pozostałe siedemdziesiąt dziewięć sugeruje, że większość rządzących to Żydzi i Masoni? Mówię wam, oni mają czas. Przerwa na muffinkę może być naprawdę długa, jeżeli macie wprawę w przeżuwaniu jednego kęsa trzydzieści razy - jak zaleca pewien dietetyk. Oni po prostu nie czytają ze zrozumieniem.

Być może receptą jest pisanie krótszych artykułów. Na przykład powyższe trzy akapity można by ograniczyć do krótkiego hasła. Niech to będzie „Wszyscy jesteście leniwi i macie pryszcze”. Na jedno wychodzi. W związku z tym wszystkich, którzy dobrnęli do końca mojej wypowiedzi pozdrawiam ciule.

sobota, 16 marca 2013
Zmyłka

Na Barbados dwadzieścia i siedem stopni w cieniu. Palmy fikuśnie machają liściastymi łapami. Turkusowo połyskuje horyzont, po piasku można tylko w klapkach, bo parzy. Natrąbiony karaibskim rumem Murzyn oferuje domki jakichś zagramanicznych ślimaków, cholera wie, jakim cudem i z czego to ewoluowało. Koło baru, na palach wbitych w przybrzeżny piach, suszą macki ośmiornice, zwisające beznadziejnie jak popsute parasole. Na kontuarze, zacienionym strzechą z suchych łap palmowych, oczekuje drink. Lepiej nie wiedzieć co tam włożyli, na szklankę wciśnięta papaja, dwie słomki, dużo lodu. Jest moc. Wrzeszczy jakieś ptaszysko, czyjeś żagle kołyszą się leniwie tam, gdzie woda już nie jest przezroczysta. Kawałek dalej trzeszczy calypso z nadwyrężonych dwudziestowatowych głośniczków.

Katuję Travel Channel. Za oknem minus trzy, śnieg znów zapomniał, że już połowa marca. Grzejniki olejowe zasuwają na dwie grzałki. Piesa trzęsąc kuprem galopuje z zamarzniętego podwórka, z wyrzutem patrzy mi w oczy. To na pewno moja wina. Przecież kilka dni temu już było ciepło i tak cudnie pachniało psimi kupami. Jak mogłam, ja podła, za tyle bezinteresownej miłości, taka zmyłka.

Olśniewający czerwienią zachód słońca zapowiada na jutro piękny zimowy dzień. Za dwa tygodnie Wielkanoc, pora lepienia tradycyjnego śniegowego zająca. Przy odrobinie szczęścia na Gwiazdkę będzie jak znalazł.

czwartek, 07 marca 2013
Słówking

W mojej skrzynce mailowej pojawiła się oferta współpracy. Miły Pan proponuje tajemnicze Niewiadomoco w zamian za nieokreśloną współpracę z jednym takim portalem. Tematyką portalu jest "oczywiście parenting".

Zadumałam się. Powyższe słówko na literę P skojarzyło mi się w kolejności z:

- chodzeniem za rączkę
- używaniem żelazka na parę
- dwuznacznymi zabawami w parach
- była renta i pa rencie

Niestety mój blogasio nie pasował mi do żadnego z powyższych. Jako osoba z wszech miar nowoczesna poszłam po rozum do Gugla. Ach. No tak. Rodzicielstwo.

Parenting, modeling, skrobbuking. Dizajning, treking, lansing jakpsiakrew. Zanglosiasione, ingujące słówka pozwalają zakompleksioniaczkom czuć się bardziej dżezi i ajta (cokolwiek mogłoby to znaczyć). Anglo jest bettah oraz bardziej do przodu.

Mam żal do mediów o psucie języka (oczywiście nie tylko o to, ale od czegoś trzeba zacząć). Bomardują pseudosłówkami, które często w procesie adaptacji tracą swoje pierwotne znaczenie. Telewizja Brekfastowa epatuje mnie za pomocą wiecznie niedoinformowanej panienki, Telewizja Niusowa chytrze przemyca anglomowę pod przykrywką relacji z Watykanu, Telewizja Enterteinmentowa szczerzy się okrągło na kształt słówka COOL (nie mylić z K.U.L. - baj de łej kościół to chyba jedno z ostatnich miejsc, w którym wciąż jeszcze uprawiamy modlitwę a nie praying).

Język ewoluuje. Gdyby nie ta ewolucja asińdźka nadal by poczywała a acan by bruczył. Nie oszukujmy się też - przez wieki nałykaliśmy się słówek niemieckich i rosyjskich. Z przyczyn oczywistych. W związku z tymi przyczynami właśnie, coraz częściej mam wrażenie, że nie zauważyliśmy czwartego zaboru. Anglosaskiego.

Ps. Uczciwie przyznam, że niektóre spolszczenia usprawiedliwiają używanie nazw obcego pochodzenia. Moim ulubionym jest dyndacz (czyli wobbler). Wciąż żałuję, że nie dyndadełko.

wtorek, 26 lutego 2013
Teleportacja

Kiedy byłam mała pociągi wiozły mnie do miejsc magicznych. Z kuchennego okna na parterze widać było daleki wiadukt kolejowy i przemykające po nim wagony. Przez chwilę w powietrzu unosił się zapach wakacji i posmak miejsc odległych, czarujących, pachnących jagodami, jeziorem, wrzeszczącymi mewami i chłodem górszczytów. Neurony drgały w rytmie Przygody i Tajemnicy. Przez jesień, zimę i wiosnę, sterczałam w tym oknie jak kołek, bardzo emocjonalnie podchodząc do każdego zauważonego „dalekobieżnego” wagonu.

Wreszcie nadchodziło lato, coraz większymi susami zbliżał się TEN dzień a mój układ nerwowy dostawał szajby. Wyjeżdżało się zawsze wcześnie rano. Poprzedniego wieczoru Mamunia z wielką pieczołowitością układała na wieszaku ubranie „na jutro”. Te ciuchy, starannie dobrane i doprasowane, nakręcały mnie do późnej nocy. Sny wtedy miałam niespokojne, dziwne, pełne stukotu kół, rytmu turkocącego w wymarzonym kierunku.

Rano niezmiennie do siatki wędrowało blaszane pudełko z obowiązkowym pomidorem, jajkami na twardo, ogórkiem i kanapkami. Cudowności dopełniał termos z herbatą, kusząco gorącą w chłodny poranek.

Pociąg dalekobieżny miał czarno-bury od niemycia kolor, nieśmiertelne pomarańczowe kanapy, i nijakie zasłonki, oznakowane zwielokrotnionym logotypem PKP. Skład telepał się przez kraj ze skromną prędkością, maszynista gwizdał machającym z pól i podwórek ludziom. Czuło się przez skórę, że powszedniość oddala się coraz bardziej, każda kolejna stacja (a było ich trochę) potęgowała odczucie, że Niezwykłość i Radosność jest za następnym zakrętem. Zbliżający się finał podróży wyznaczał kończący się prowiant oraz gorączkowe poszukiwanie wszystkich siatek, pudełek i kubeczków. Na korytarzu gęstniał chwiejący się tłum a w dołku ściskało od niepewności, czy NA PEWNO uda się wysiąść. Zwieńczeniem tego wielomiesięcznego przeżycia był peron docelowej stacji i absolutne przeświadczenie, że teraz będzie CUDOWNIE. I było, bo po tym wszystkim nie miało prawa nie być.

Dziś podróż spowszedniała. Udajemy się z punktu A do punktu B pachnącym ekspresem, z mobilnym barkiem na wyposażeniu i wtyczką na laptopa. Zatrzymujemy się na jednej, góra dwóch stacjach, linie kolejowe teleportują nas z Mazowsza na Kaszuby, z Wielkopolski na Podhale. Zamawiamy bilet przez internet, połowy bagażu nie pakujemy, bo dokupi się na miejscu. Sprawnie, szybko, komfortowo (że drogo to już inny temat).  Pyk-pyk: byłam tu, jestem tu. Nie miałam czasu na poczucie czegokolwiek, poza zasadniczo podłym smakiem śmietanki do kawy.

Podobnie wygląda podróż samochodem. Wskakujemy do wyciszonego wnętrza, nastawiamy radio i fru – już mkniemy szeroką (ewentualnie stosunkowo szeroką) drogą, okoloną lasem lub zasłaniającymi wszystko ekranami dźwiękoszczelnymi. Nieletni oglądają film na przenośnym DVD, my klniemy na kolejne przewężenie spowodowane Modernizacją Trasy, pasażer po prawej po dwudziestu minutach tnie komara (to zwykle ja - jakoś mnie nie bierze gapienie się bez sensu na dwupasmówkę). Zatrzymujemy się raz czy dwa na jakiejś stacji benzynowej, pijemy kawę z automatu, zagryzamy gorącym psem i znów za kółko. Trzy kilometry przed celem ładujemy się w korek gigant, dzięki któremu koniec podróży polega na wypadnięciu na pysk z fotela kierowcy. Nie dziwne, że po czymś takim akomodacja wakacyjna trwa kilka dni. O ile w ogóle ma miejsce.

Tymczasem na wyciągnięcie ręki mamy lekarstwo. Lekarstwo o dziwo nie nazywa się ani „rower” ani „per pedes” tylko Nawigacja. Otóż dobroczynny ten wynalazek (poza wyprowadzeniem paru mentalnych blondynek na zaorane pole lub w jezioro), potrafi wykonać rzecz niezwykłą: umie zmusić zagonionych nas do absolutnie bezkonkurencyjnej podróży w czasie. Wystarczy internet mobilny i opcja „najszybsza trasa – omijaj korki”. Telepiemy się wtedy z ograniczoną prędkością przez wioski, łąki, miasteczka, wąskimi drogami przemykamy przez obłędnie zielone lasy, pokazujemy palcami bociany, sarny, rozklapciane jeże i przyglądamy się z bliska pędzonym drogą krowom. Tak jeździło się kiedyś, kiedy Maluch był królem polskich szos a żarcie na drogę pakowało się do tekstylnych siatek a nie do portfela. Powiecie że dłużej? No co Wy. Przecież omijacie korki!

Ps. Kiedy wracałam ostatnio z Krakowa, w pociągu unosił się ślad tego dawnego „kolejowego” zapachu, który (między innymi) przyprawiał mnie kiedyś o takie emocje. Na Centralnym okazało się, że to niedomknięty kibel.

środa, 20 lutego 2013
Bezpiecznik przyzwoitości

Miałam się w temacie nie odzywać. Obiecałam solennie. Pies trącał czemu. Miałam i już. I tak się nie odzywałam sobie. A potem przeczytałam sobie wypowiedź Doroty Z. alias Superniani w NaTemacie. I już nie ma tak prosto.

Opowiem Wam bajkę. Dawno, dawno temu, za siedmioma przecznicami i trzema przystankami metra była sobie Fundacja. Ta Fundacja była śliczna i pożyteczna, bo walczyła ze złymi smokami, które w niewłaściwy sposób podchodziły do pojęcia „dzieci są takie kochane”. Fundację wzniósł na jałowej glebie Król, który zafundował na ten cel całe tysiąc złotych. A ponieważ w skarbcu wiater hulał, resztę postanowił zdobyć od dobrych ludzi.

Nie ma co zbytnio rozwodzić się nad złotymi latami Fundacji, kiedy to Król-Fundator wraz z Zaufanym Rycerstwem ogniem i mieczem wypalał drogę sprawiedliwości, a naród mu ufał i dzielił się nie tylko dobrym słowem. Powiedzmy, że w pewnym momencie okazało się, że Rycerstwo jest równo przez Króla olewane, żołdu nie widziało od miesięcy a Królisko – kontrastowo – jakby wypiękniało. Tu kołnierz z soboli, tam pludry jedwabne, tu i ówdzie ku rozrywce menażeria egzotyczna się plącze a i grajków uciesznych po krużgankach cała masa.

Wpieniło się rycerstwo, w lament uderzyło do Radnej Fundacyjnej. Że Król jak ten cysorz żyje a oni nie mają co do gęby włożyć. Radna Fundacyjna spięła swą wydatną część tylną, rycerstwo do prokuratury odesłała. Prokuratura wszczęła postępowanie, prasa brzydko o Królu napisała, chociaż ten, uprzedzony, łzawą samokrytykę uskutecznił. I teraz powinnam napisać „i znów było ślicznie i sprawiedliwie”. Nic z tego.

Ja pana Jakuba Ś. bronić nie będę. Mnie nie ruszają teksty, że palił niedopałki. Ja pukam się w głowę na wyznanie, że mu się „bezpiecznik przyzwoitości” wyłączył. Ja po imieniu nazywam to co zrobił i nie widzę żadnego usprawiedliwienia. Ja otwarcie mówię, że powinien za to beknąć i to grubo, bo z delikatności w jego przypadku nauka nie płynie. Ja tylko pytam, w którym miejscu bezpiecznik przyzwoitości posiada członkini Rady Fundacji, pani Dorota Zawadzka. Bo mam wrażenie, że w jakimś trudnodostępnym, żeby nie określić tego bardziej precyzyjnie.

Pani Dorota bardzo szczęśliwą jest, gdyż udało się jej upupić Jakuba Ś., czym nie omieszkała pochwalić się publicznie. Problem w tym, że to upupienie jakieś takie niepełne jest. Jak to możliwe (pytam ja, niekształcony w temacie obywatel), że Rada Fundacji (w tym pani Zawadzka) nie zauważyła, że Fundacja nie ma księgowości. Jakim cudem Rady Fundacji nie zaalarmował brak sprawozdania za rok 2011. Jak bardzo trzeba było nie chcieć zobaczyć monitów dotyczących rozliczenia z darowizny nadsyłanych przez firmę T-Mobile. Jaka ilość „bezpieczników przyzwoitości” musi się wyłączyć, żeby mieć w odwłoku coś, co się firmuje własnym nazwiskiem a potem jeszcze się tym chwalić (bo de facto pani Dorota sama stwierdziła, że nie miała o niczym pojęcia). Ja bardzo poproszę o odpowiedź, najlepiej na jakimś wykresie, to może jako grafikowi będzie mi łatwiej pojąć.

Jako alternatywę podsuwam pytanie jak długo Superniania o wszystkim wiedziała i o co w tym naprawdę chodzi. I czy w związku z tymi wszystkimi moimi zdziwieniami nie jest tak, że członkini Rady, jako osoba przyzwoita powinna się sama również upupić, wraz z resztą Rady najlepiej – bo sprawiedliwość być musi – czyż nie?

Strasznie mi to nie gra. Tak mnie uwiera tutaj i tutaj. Chociaż może to po prostu ból pleców po odśnieżaniu, bo wiosna wciąż jakoś nie nadchodzi.

Ps. Zadałam powyższe pytania (za wyjątkiem alternatywnego) na profilu Doroty Zawadzkiej na FB. Póki co odpowiedzi się nie doczekałam.

Ps 2. Zwrócono mi uwagę (słusznie poniekąd), że Gombrowicz co innego miał na myśli pisząc o upupianiu. Wyjaśniam, że nie w głowie mi było przewracanie w grobie Gombrowicza, celem było jedynie złagodzenie bardzo nieładnego słówka. Ale wyszło jak zwykle ;).

poniedziałek, 11 lutego 2013
Bielmo

Na gałęziach zalega śnieg. Piękny, mokry śnieg, który znienacka wykonuje desant za mój kołnierz. Słońce pojawia się sporadycznie w celu poświecenia w okno tylko do momentu, w którym postanawiam wyjść na zewnątrz. Temperatura kwalifikuje mnie do konkursu na ludzika Michelin.

Skarpetki mam fioletowe w białe ciapki. Grubaśne. Do tego leginsy, też grubaśne. Fajne mi zjeżdżają z tyłka zaopatrzonego w bawełniane gatki grzejące to i owo. Podkoszulek a na to polarek z Biedronki w kolorze wściekłej jarzębinki. Z futerkiem od wewnątrz, bo przytulaśne. Brzuszek mi wzdęło od świeżo usmażonych tostów z podwójnym serem i bardzo gorącej herbatki. Buźka wyciapciana kremem świeci jak latarnia.

Wygrzewam sobie kanapę. W teletiwi odmładzają o dziesięć lat kolejną Starą Czterdziestkę. But, fryz, ustka, oczko. Zezem zaglądam w lusterko, sprawdzam swoje, czy równie zalotne. Coś nie bardzo. Burp, o przepraszam, to te tosty. Czterdziestka z teletiwi odkrywa dobrodziejstwa obciskających gaci, zachwyca się nową figurą. Krytycznie macam oponkę, sprawdzam czy nie da się jej wepchnąć palcem do środka. Nie będę przecież w takich gumach po domu, w środku polarnej nocy. O, pryszcz mi wyskoczył.

- Małżu, jestem taaaaka brzydka…
- Głupia jesteś.

No właśnie. Nie dość, że brzydka to jeszcze głupia. Ale mu się trafiło.

Ps. Małż mi przypomniał, że tak naprawdę liczą się tylko cycki i tyłek. W leginsach i podkoszulku te kawałki mnie wyglądają na tyle dobrze, że na resztę nie zwraca uwagi. Życie jest prostsze niż byśmy chcieli.

Czego i Wam, Drodzy jak zwykle.

Wasza Najoddańsza 


00:01, kajagrafik , Komiks
Link Komentarze (3) »
środa, 06 lutego 2013
Plus dwa do szczęścia

Kocham ciastka. I czekolady. I budynie. I cukierki. I one też mnie kochają. Duże lustro przemyślnie ukryto za szafą w pokoju Właściwie Dorosłego Syna. Nikomu tam nie przeszkadza. Pod kuchenną szafką czai się Smutna Waga Jednoosobowa. Udaję, że jej tam nie ma. W czeluściach Pudełka Ze Strasznymi Rzeczami posykuje cichutko Centymetr. W walizce wyleguje się Sukienka W Którą Muszę Się Zmieścić. Tak sobie koegzystujemy – ja i moje Oprzyrządowanie Do Bycia Grubą.

Raz do roku, gdzieś tak przed wakacjami, dochodzę do wniosku, że mogę żreć tylko warzywa i ryby gotowane na parze. Waga Jednoosobowa wraca do łask, kasza gryczana i ryż są precyzyjnie odmierzane metodą liczenia ziarenek, obwód uda i tego miejsca, gdzie zazwyczaj jest talia zapisuję starannie w Programie Do Mobilizacji – codziennie. Po jakimś tygodniu czy dwóch dochodzę do wniosku, że to wszystko przez wiek i hormony, więc i tak nie osiągnę wymarzonych (a kiedyś oczywistych) pięćdziesięciu sześciu kilogramów wiotkiego ciała. I znów jestem szczęśliwa.

Bo, proszę Szanownych Pań, grubość i chudość nie jest wyznacznikiem nie bycia/bycia szczęśliwą. Bo, Kochana Kobieto, jeśli masz straszną ochotę na tę pralinkę z marcepanem to (do jasnej Anielki) rozkoszujże się jej smakiem, zamiast kalkulować w głowie jak dużo nadprogramowych kalorii właśnie rozpływa Ci się w ustach. Ja otwarcie mówię, że Kobiet nie rozumiem i nie zrozumiem raczej. Bycie niezadowoloną ze swojego wyglądu jest w dobrym tonie, podobnie jak ploteczki i „chodzenie na ciuchy”. Prawdopodobnie z tego powodu nigdy nie będę miała psiapsiółki – w damskim gronie czuję się jak transwestyta.

Wczoraj Kolega Pianista wyłuszczył mi, że kobiety za mną nie przepadają, ponieważ prezentuję zbyt wiele męskich zachowań (nie wyłuszczył niestety, o które konkretnie chodzi, mam nadzieję, że nie miał na myśli plucia na chodnik i sikania na stojąco). Najpierw się ucieszyłam (komplement!), potem zmartwiłam (wcale nie komplement…) a potem znowu ucieszyłam. Jako męska kobieta mogę spokojnie olać brak talii i przejść do konsumpcji dużych ilości dającego szczęście magnezu. Z nadzieniem albo bez.

Czego i Wam, Drodzy (również z okazji nadciągającego Tłustego Czwartku), życzę.

Wasza Najoddańsza.

 

14:44, kajagrafik , Komiks
Link Komentarze (15) »
piątek, 01 lutego 2013
Uwarunkowanie

U każdego gatunku samiec odpoczywa, poluje, konsumuje oraz samiwiecieco. Jak nie musi polować to pożywia się. A jak nie musi reszty to uzupełnia niedobór kalorii. Samiec jak głodny to zły.

Małż pochorował się był i obecnie stanowi najbardziej nieszczęśliwy kawałek łóżka. Przy okazji napiszę co myślę o Naszej Przychodni oraz zrelacjonuję jak pobiłam Internistę.

Niestety nie przeszliśmy do III etapu Bloga Roku 2012 - może za rok się uda. Serdeczne dziękowania tym, którym chciało się wysłać SMSa :).

11:50, kajagrafik , Komiks
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 stycznia 2013
Infowyłapywacze

 

        Przyszła do mnie Maman, przerażona nieco. Szkoła udostępniła jej dane na swojej stronie. Żadne tam halo straszne. Imię, nazwisko, stanowisko. Maman twierdzi, że teraz wydzwaniają do niej Jacyś. Że wysyłają Paczki Powitalne Kup A Dostaniesz Prezent. Że przychodzą Oferty Kosmetyczne dla sześćdziesięciolatek. Nie dajmy się zwariować – rzekłam i zaczęłam tłumaczyć Maman, że z samego imienia i nazwiska a nawet stanowiska Hieny czyhające na mamine dochody nie są w stanie wydedukować ani numeru telefonu, ani adresu ani tym bardziej wieku. I tu padło pytanie, które paść musiało: SKĄD w takim razie znają?? 

       Od jakiegoś czasu pochłania nas, ludków Ery Internetu, obsesja ujawniania danych w sieci. Znajomi informatycy podnoszą larum: na fejsie można znaleźć twój numer telefonu! Wszyscy mogą sprawdzić, gdzie mieszkasz! Wiemy jak wyglądają Twoje dzieci! I Twój mąż! Oj.

       Stanęły mi przed oczami porwania, ludzie tysiącami zwalający się na moje urodziny (Hm. Jakby przynieśli żarcie to w sumie czemu nie…), włamania oraz szantaże. Zaczęłam poważnie rozważać usunięcie rozlicznych kont na społecznościówkach, zdjęć na guglach i wypisanie się z wszystkich możliwych newsletterów, dzięki którym mam kilka razy dziennie miłe wrażenie, że ktoś chce do mnie napisać. Podeszłam do sprawy systematycznie i spłodziłam listę. I tak jakoś podczas tego płodzenia, czy to z powodu wrodzonego lenistwa, czy może bardziej herbaty z pomarańczą w obecności czekoladowego founde, doszłam do wniosku, że duppa. Choćbym nie wiem jak usuwała, nie usunę. Informacje o mnie są dostępne w ewidencji gospodarczej, u operatora telefonu i internetów, w bankach, u moich klientów (którzy czasem mylą mnie ze swoimi klientami i proponują mi kupno luksusowej wanny), na stronie firmowej, na grupach dyskusyjnych (strach pomyśleć co będzie, kiedy jakiś Kominek dorwie się do moich wpisów sprzed siedmiu-ośmiu lat), u firm, w których konkursach brałam udział. Tutaj jest odpowiedź dla mojej kochanej Maman, SKĄD Oni Wiedzą. Stąd właśnie. Wystarczy, że kupując w Znanej Firmie weźmiesz udział w konkursie – Znana Firma nie odpuści i do końca życia będzie Cię bombardować propozycjami zakupu Kremu W Bardzo Korzystnej Cenie, ofertami Super Kredytu oraz Prezentu W Postaci Kołder Wełnianych (które otrzymasz po uiszczeniu opłaty za prenumeratę fenomenalnej serii „Gwiazdy Polskich Seriali”).

       Dałam sobie spokój. Nie będę usuwać. Wypisałam się z paru bardziej irytujących subskrypcji (z niektórych nieskutecznie, pozdrawiamy Groupon), usunęłam kilka martwych kont na dziwnych portalach, zamknęłam zmarłego kilka lat temu śmiercią naturalną bloga. Na powszechność informacji nic nie poradzę. Mogę nerwowo trząść tyłkiem. Albo stoicko przejść nad tym do porządku dziennego. Czego i Wam, mili moi, życzę.

       Pocieszający jest fakt, że póki co do Maman nie przychodzą oferty dotyczące pochówku. Najwyraźniej nie wzięła jeszcze udziału w promocji.

(A teraz bardzo proszę mnie udowodnić że nie mam racji. Czas start.)

piątek, 25 stycznia 2013
Specjalizacja

Oczywiście nie uwierzycie, jeśli powiem, że chodziło o metodę składania. Ja też nie uwierzyłam. Pytanie tylko czy maszyna jak mama, czy mama jak maszyna.

Przypominam o głosowaniu na Bloga Roku, wysyłamy SMSa o treści F00035 na numer 7122, co kosztuje nas 1,23 PLN :).

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12