Powrót do strony głównej

Czytam


goodreads.com

KONTAKT Z AUTORKĄ

Kategorie: Wszystkie | Komiks | Przemyśliwam
RSS
piątek, 17 lutego 2017
Cud terażniejszości



Po półtora roku kształcenia zawodowego i roku pracy na stolarni doszłam do wniosku, że jestem gotowa na spotkanie z podwykonawcą. Z wykonawcą remontu czyli. Własnego. Znaczy mojego. Oczywiście w pierwszej kolejności stawiałam na wykonawstwo własne, ale kiedy uświadomiłam sobie, że po ośmiu godzinach zasuwu mam wracać do domu z piłą i wiertarką w dłoni mój entuzjazm znacznie osłabł. Zresztą. Przecież teraz już wiem jak taki remont powinien wyglądać. I co można spartolić. I jak się rozmawia z polskim robotnikiem. No przecież sama jestem robotnikiem to wiem, no nie?

I stało się tak, że pewnego październikowego poranka za sprawą mojej Mamy pojawił się u nas Pan Stanisław Od Wszystkiego (przypomnijcie mi, że mam zrobić poczet świętych rzemieślniczych. Są bardzo ciekawymi postaciami). Rekomendowany przez Internet właściciel Europejskiej Firmy, który szczęśliwie podjął się remontu naszej łazienki oraz toalety. Mama w zachwytach. Panu robota w rękach się pali. Ja nic nie muszę. Pięknie jest.

Po pierwszych trzech tygodniach Pan Stanisław podjął męską decyzję i wywalił wannę. W celu wymiany na brodzik. Przy okazji wyciepał też umywalkę, żeby potem nie nosić. Po czterech dniach bez możliwości wykąpania się (przypominam: osiem godzin pracy fizycznej, pylącej i pocącej) delikatnie zagaiłam:
- Przepraszam, kiedy mogę spodziewać się montażu brodzika?
- W czwartek.
Jaki rzeczowy! Uniosło się moje serce, albowiem był wtorek. W następny czwartek moje podejrzenia zagęściły się.
- Panie Stanisławie. Brodzik miał być w czwartek. Jest czwartek, tyle że tydzień później, a ja nie widzę tu nawet kafelków na ścianie.
- Kochana Pani. Przecież ja tu robię wszystko najszybciej jak się da. Szybciej się nie da, przecież to musi wszystko wyschnąć, poczekać trzeba, pani nie myśli że taki klej to w jeden dzień schnie.

Zła na siebie (stolarz nie glazurnik, mogłam nie wiedzieć) zamknęłam dziób i poszłam do kuchni. Dobijający się z podświadomości głos rozsądku raportował mi, że gdyby warstwa zaprawy miała mniej niż pięć centymetrów pewnie by schła jeden dzień. Że mieszkanie nie musi przez dwa miesiące wyglądać jak po przejściu białego i bardzo pylistego tajfunu. Że zdjęcie kibla na 24 godziny i proponowanie mieszkańcom, żeby załatwiali potrzeby do wiaderka ostro odbiega od standardów. I że wyrzucanie petów przez okno do ogródka klienta (czyli mojego) jest zwykłym chamstwem, którego naprawdę nie muszę tolerować. Dołożywszy do tego spostrzeżenia kompletną partaninę wykonawczą i moje uwagi na jej temat, odwróciłam się w stronę kuchennego stołu.

Za stołem siedział Pan Stanisław i siorbał herbatkę. Z lubością. Poczułam jak mi rośnie ciśnienie. Najpierw w okolicach kolan, potem brzucha. Splotu słonecznego. Ramion.
Pan Stanisław spojrzał na mnie wzrokiem łagodnym i nieco nieobecnym.
- Wie pani - zaszumiał kojąco - ja widzę, że pani się za dużo denerwuje. A to przez to, że pani nie żyje teraźniejszością. Czytała pani “Potęgę Teraźniejszości”? Wie pani, tam autor pisze, że ludzie żyją albo przeszłością albo przyszłością a nie umieją żyć tu i teraz. Nie umieją się cieszyć tym co jest. No niech pani spojrzy, pani się denerwuje a mi dobrze, bo myślę teraz o tym jak mi przyjemnie pić tę herbatę i to mnie cieszy, nie przejmuję się tym co było, co będzie za chwilę...

Nastała cisza. Grzecznie podniosłam swoją szczękę z terakoty, ustawiłam kolana w pozycji “do odmaszerowania” i poszłam szukać miejsca, w którym mogłabym przetrawić chwilową teraźniejszość doznań. Teraz już wiem, że rok to jednak zdecydowanie za mało na chociażby powierzchowne zgłębienie psychiki Polskiego Rzemieślnika. A klej musi wyschnąć. Przecież.

środa, 07 stycznia 2015
Fanpejdż

Koleżanka przywlokła za sobą fanpejdża. Na fanpejdżowych zdjęciach kobitki prezentują z dumą pieprznik w zlewie, zakalce, upaprane dzieci, makaron gotowany w ekspresie do kawy oraz rozwydrzone zwierzęta. Nazwa fanpejdża mówi sama za siebie: Chujowa Pani Domu. - Bosz! - pomyślałam - Jaka wspaniała strona! Ja też tak chcę!

Postanowiłam natychmiast poczuć się lepiej. Pogoniłam dziecko do drugiego pokoju, nie będzie mi tu grało w Majnkrafta. Wyciągnęłam z lodówki butelkę białego półwytrawnego. Włączyłam radio. Zapaliłam świece. Wyciągnęłam wiolonczelę. Jak się bawić to się bawić. 

Wrócony z pracy małż zastał niezłożone pranie (haha!), nieogarniętego Najmłodszego (huhu!) oraz Koty z pustą michą i wyrzutem. Popatrzył, podrapał się po czaszce i wyciągnął komputer. Nieustępliwie nalałam sobie trzeci kieliszek. Małż założył słuchawki. Nerwowo przełknęłam krakersika. Najmłodszy rozlał sok i chaotyczne poszukiwał ręcznika papierowego. - W szafce! - rzuciłam. Osz ty. Nie będę patrzeć. Nie widzę tego. Nie angażuję się. Winko. Krakersik. Sam Smith w tle. Podkręcę volume.

Kocia kupa może będzie śmierdziała mniej po jeszcze jednym kieliszeczku? Nie. Niebałdzo. Małż się ruszył, dobra nasza. - Nie ma moich szklanek do łiski! - Są. Stoją pod twoim nosem. Popatrz na nie. Kupa śmierdzi. Małż wraca ze szklaneczką. - Pomyślałem, że napiję się z tobą - uśmiecha się. Druga kupa śmierdzi do kwadratu. Kot z zapałem wciera trójkolorową sierść w pranie. Najmłodszy rozdeptał połowę krakersików. Butelka kończy się nieubłaganie.

Po trzech czwartych litra białego wina, paczce krakersów i bardzo nerwowych dwóch godzinach, z żalem zakończyłam swoją karierę Chujowej Pani Domu. Najwyraźniej chujowo* mi to wychodzi.

* Ja bardzo przepraszam, że się wyrażam. Ale w zaistniałej sytuacji nie mam innego wyjścia.

czwartek, 11 września 2014
O prawdziwości rodzaju męskiego

Złapałam się na oglądaniu facetów. Normalnie kobiety oglądają inne kobiety. Faceci nie noszą ładnych sukienek (w których Świetnie Bym Wygladała), niebotycznie wysmuklających pęciny szpilek (Właśnie Takie Bym Chciała) a także nie służą podbudowywaniu własnego ego (Jezu Co Ona Ma Na Głowie). Więc normalne kobiety nie zwracają  na panów szczególnej uwagi, kiedy widzą ich en masse. 

Jednak ostatnio coraz częściej słyszę od zaznajomionej płci przeciwnej, że dzisiejszy facet to nie facet tylko pewna część niemęskiej anatomii. Że chudy. Że wąskoramienny. Że rurki na kościstej rzyci ma. Że niehonorny. A jak honorny to nawet po pysku porządnie strzaskać nie umie. Że takiemu to rękę wstyd podać. 

W trosce o przyszłość własnego potomstwa uznałam, że warto zrobić wywiad. I spisać kilka uniwersalnych zasad, dzięki którym w odpowiednim czasie Prawdziwi Mężczyźni uznają moich synów za swoich. Po odsianiu plew wyszło mi co następuje:  

- Zaopatrz się w broń łupaną. Lub cokolwiek, co doda Ci rysu jaskiniowca, ewentualnie wczesnego Wołodyjowskiego. Mężczyzna z maczugą to Mężczyzna Razy Dwa. 

- Niech Twoje imię nie kończy się na "a". Imiona z "a" na końcu noszą faceci w rurkach. Jeśli masz przechlapane i nazywasz się Kuba, daj komuś po mordzie. 

- Niech Twoja ksywka kończy się na 'a". Na przykład przezwiska "Buźka" albo "Faza" to dobre preteksty dla facetów jak góry, którzy dadzą po mordzie każdemu, kto pomyśli, że to niemęskie.  

- Od czasu do czasu wbij sobie jakiś patyk w nogę albo kamień w czoło. Blizny dodadzą Ci poważania u współplemieńców.

- Naucz się odsiewać zbędne informacje. Wiedza o tym jak segregować pranie nie doda Ci splendoru. Natomiast wiedza o tym jak się tego NIE dowiedzieć, jest cenna.

- Jeśli coś naprawiasz, budujesz lub montujesz nie trać czasu na myślenie - jeżeli będziesz działać dostatecznie szybko zdążysz naprawić większość tego co spartoliłeś. No i zawsze to szansa na kolejną bliznę, ewentualnie atak korzonków (zniesiony z dumnie uniesionym tylko czołem, bo o wyprost będzie trudno).

- Nie wpuszczaj gnomów i trolli do swojej jaskini. Gdyby się mimo wszystko napraszały użyj Kuli Ognia. Albo daj po mordzie.

- W przypadku anginy umieraj z honorem. Zadbaj, żeby Twoja śmierć została zauważona i doceniona - niech Twoja słabość stanie się Twoim milczącym (z powodu spuchniętego gardła) zwycięstwem. 

A. No i NIGDY nie zaczynaj maila od słowa "Mili" - nawet jeśli pracujesz w Korpo. Miłe są kotki. Króliczki i kaczuszki. Prawdziwy Mężczyzna nie jest Miły. Prawdziwy Mężczyzna jest Prawdziwy. 

Czego Wam (o ile nie jest za późno) i sobie życzę.

środa, 19 marca 2014
Prostota zaplątana

Trafiłam receptę na faceta. Podaną na tacy przez optymistycznie nastawionego Autora Bloga. Ciekawie było  dowiedzieć się jak szczerym i prostym urządzeniem jest zaraza, której na imię „mężczyzna”. Otóż bajerować to my a nie nas – jak mawiał pewien mój znajomy o specyficznym nazwisku. 

Końskie zaloty

Kiedyś wszystko było prostsze. Babę za włosy i do jaskini. Potem się skomplikowało i wylanie wiadra wody na głowę już niekoniecznie oznaczało, że dziewczyna powinna się wykąpać. Z czasem sygnały poplątały się bardziej i naprawdę trzeba było się napocić, żeby dojść czy podpalenie warkoczy przez kolegę z tylnej ławki jest oznaką niespełnionej miłości, nienawiści czy może niezdiagnozowanego ADHD. Dziś, w dobie „równouprawienia” (o tym po co ten cudzysłów innym razem) mamy do czynienia z autentyczną masakrą. 

Foch z przytupem

Nikogo dziś nie dziwi męski PMS*. Od damskiego różni się objawami zewnętrznymi i czasem trwania. Niestety nie kończy się wraz z miesiączką a jego występowanie uzależnione jest od tak oczywistych czynników jak brak pieniędzy na nowe COŚ, deszcz, łupież, brak prądu, naruszenie męskiego terytorium przez kobietę (nigdy nie mówcie, że umiecie obsługiwać suwmiarkę, nawet jeżeli robicie to codziennie), niedobór seksu, załamanie rynku wycieraczek samochodowych... Objawy bywają różne, charakterystycznych jest kilka. Można do nich zaliczyć gapienie się w przestrzeń, zdawkowe odpowiedzi kierowane wyłącznie w kierunku tejże, szklisty wzrok, reagowanie irytacją na konieczność uczestniczenia w życiu doczesnym...Jak to przetrwać? Odróżnić od znielubienia, zniekochania, chęci zmiany statusu z „w związku” na „to skomplikowane”? Odpowiedź jest prosta jak dusza faceta: NIE MAM ZIELONEGO POJĘCIA. I nie będę miała, bo wszelkie próby dowiedzenia się spalą na panewce a przy większej natarczywości skończą się męskim Wyjściem-Z-Tego-Domu/Samochodu/Biura/Łotewer. 

Uciekła mi przepióreczka

Ponieważ dusza męska jest PROSTA, prostym jest również zdobycie owej duszy. Wystarczy ślicznie się uśmiechnąć, wypowiedzieć się w sposób uroczy acz niekonwencjonalny a następnie zacząć duszę męską olewać tyleż uroczo co ostentacyjnie. PODOBNO to działa. Z naciskiem na podobno. Osobiście nie znam ani jednej kobiety, której wyszedłby taki numer w stosunku do PODOBAJĄCEGO się jej obiektu. Może dlatego, że olewanie kogoś, od kogo wzroku nie można oderwać jest ekstremalnie trudne.  A może dlatego, że mężczyźni to lenie i zbyt długie starania ich męczą. Z drugiej strony, jeśli kobieta za szybko da się upolować lub (nie daj Boże!) poluje sama, cała zabawa zostaje popsuta a męskie ego sponiewierane. Więc jak zdobyć mężczyznę? Cóż... szczerze mówiąc NI CHOLERY NIE WIEM (jeśli usłyszycie kiedyś od kogoś, że trzeba po prostu powiedzieć co się czuje, to pacnijcie tę osobę ode mnie w potylicę. Za wszystkie lata moje stracone).

Wszystkie chwyty dozwolone

U nas co prawda „nie” czasem znaczy „oczywiście, że tak ty idioto!”, ale mężczyzna odpowiadający na pytanie „czy wszystko w porządku?” zdawkowym „tak” może mieć na myśli zarówno, „nie”, „nie mam ochoty rozmawiać”, „odwal się”, „zabiję tego gnoja”, „przecież WIDZISZ, że nie”, „popsułaś całą zabawę” a także „nie mam rano czasu na seks” lub „kolega dostał kanapki z bułką a ty mi znowu dajesz tej cholerny razowiec”. To wszystko jest zawarte w tym króciutkim „tak” i nawet nie próbujcie pytać dalej. Przecież słyszycie, że rozmowa została zakończona. 

Soł, drogi Autorze Bloga. Dusza męska bardziej skomplikowana jest od damskiej. Mroczna i niepojęta. A całe to gadanie o jej prostocie to czysta kokieteria. Coś jak nasze „ojej, zupełnie nie umiem przykręcić tej listewki. To takie SKOMPLIKOWANE”. Zresztą sam wiesz.

*PMS  - Pre Menstrual Syndrom. Ponoć kobiety zabijają wtedy nie tylko wzrokiem. 

sobota, 02 listopada 2013
Uciechy czyste

W tym roku Kościół znów ogłosił, że Halloween to robota Szatana. Podobnie jak Hello Kitty, Jerzy Owsiak i TVN. Dzięki temu w klasie Najmłodszego nie ma dyń, za to wisi krzyż. 

Jako alternatywę dla nieczystych uciech, salki parafialne oraz niektóre szkoły zaproponowały baliki, na których dzieci przebiorą się za wybranych świętych (w końcu pierwszego listopada mamy RADOSNE - warto o tym pamiętać - święto: dzień Wszystkich Świętych).

pierwszym odruchu popukałam się w głowę. W drugim pomyślałam, że przecież dlaczego nie. W trzecim...

... oczami wyobraźni (a ja mam duże oczy) zobaczyłam dziesięcioletniego Świętego Piotra udającego, że pastorał to miecz świetlny. Po podłodze raczkuje trzyletnia Matka Teresa a przy stole opycha się ciastkami sugestywnie wypięta Maria Magdalena Zanim-Spotkała-Jezusa. Spocony pięcioletni Jan Paweł II uskutecznia twista z Maksymilianem Kolbe z tej samej grupy przedszkolnej. Święty Wojciech zgubił lewą stopę i krzyczy że nie pójdzie do dzieci niepoćwiartowany. Jedenastoletnią Marię przyszłą Matkę Bożą rozbolał właśnie brzuch i wszyscy mówią, że to podejrzane. Rytm pląsom i harcom nadaje wikary w stroju Anioła Zwiastowania...

Tak sobie myślę, że to całe Halloween to zupełnie niewinne święto.

piątek, 01 listopada 2013
Plusy ujemne

Jakieś dwa lata temu zauważyłam, że zapotrzebowanie na grafików zajmujących się drukami znacząco spadło. Rok temu dodatkowo zaobserwowałam, że zmalało zainteresowanie zatrudnianiem grafików nie łączących w sobie funkcji designera, programisty, dtpowca, helpdeska i ekspresu do kawy. Koło marca zaczęłam udawać, że nie widzę kiedy Małż (który z zawodu jest Kierownikiem Sklepu) przygotowuje grafiki umieszczane na fanpejdżu jego miejsca pracy. Zaklęłam wtedy szpetnie pocieszając się, że matoły są wszędzie i w końcu NIE KAŻDY musi mieć na stronie obrazki bez pikselozy, w których napisy nie wychodzą poza format (jak ktoś nie wie co to pikseloza to niech se poszuka w necie, tam można znaleźć nawet całkowicie ubraną Miley Cyrus).

Kiedy w sierpniu nie obchodziłam kolejnych urodzin zrozumiałam (dzięki chandrze oraz butelce Adwokata), że bliżej mi do menopauzy niż do zatrudnienia w tak zwanym "zawodzie". To nic, że w temacie detepe wiem więcej niż niejeden składacz gazet codziennych. Jak również nic, że drukarnia dzwoni do mnie z rzeczami, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Absolutnie też nie ma znaczenia trzynaście lat praktyki. Ani angielski w mowie i w piśmie. Znaczenie mają moje absolutnie przedziwne oczekiwania względem czasu pracy (i wynagrodzenia, bądźmy szczerzy). Otóż jako osoba obfitująca w potomstwo po części nieletnie wymyśliłam, że chcę pracować do godziny 15:30*. Nieistotne od której. Istotne, żebym po pracy zdążyła odebrać Najmłodszego ze świetlicy (przed godziną siedemnastą). 

Reakcje na moją propozycję były różne. Było zrywanie całkiem zaawansowanych rozmów, były sugestie, żebym poszukała pracy jako niańka. Zarejestrowałam też kilka niewybrednych żartów dotyczących chorób dziecięcych oraz planów rozmnażania się w wieku przedemerytalnym (istnieje szansa, że chodziło o mnie). Powiedziano mi też, że posiadanie dzieci to taki plus ujemny - cokolwiek mogłoby to znaczyć. 

Poczułam się podle. Strasznie ohydnym jest te óczucie, kiedy po każdą złotówkę trzeba zgłaszać się do Kolegi Małża. Teraz nie dość, że będzie wiedział jakich tamponów używasz, to jeszcze zaneguje informację, że w tawernie wypiłaś "tylko dwa piwka". Ktoś zabrał mi skrzydełka. A przynajmniej jedno - to większe. Nie macie pojęcia jak szybko spada samoocena, kiedy Wasze umiejętności i wiedza okazują się nikomu nie potrzebne. Nie aż tak bardzo, żeby chciał za to zapłacić.

Marszczę się na samą myśl o tych wszystkich typach co "umiejom sami". I w związku z tym składam samokrytykę popartą deklaracją. Otóż obiecuję i przysięgam, że nigdy już nie powiem żadnemu hydraulikowi, że to kolanko to sama sobie przykręcę. Ani stolarzowi, że deskę mogę w domu przeciąć na pół. Będę chodzić po szkole Najmłodszego w brudnym obuwiu, żeby Pani Sprzątaczka wciąż była potrzebna (zamiatając przeklina mnie w cichości, ale ileż w tym przeklinaniu poczucia odpowiedzialności - jeśli nie za świat to przynajmniej za podłogę w korytarzu!). I nie zmienię rękami Małża oleju w Passacie, żeby Pan Mechanik mógł stwierdzić z satysfakcją, że jeszcze trochę i zatarłabym silnik (ale dzięki NIEMU nie zatrę). Tak mi dopomóż. Howk.

Ps 1. Gorąco dziękuję K. i P., którzy od października pozwolili mi poznawać uroki bycia rasową biurwą, argumentując to tym, że skoro poradziłam sobie z trójką dzieci, dwoma małżeństwami i dwoma kotami to i z bandą stolarzy sobie poradzę.

Ps 2. Równie gorąco przepraszam tych, którzy nie mogli się doczekać kolejnego wpisu. Możliwość kupowania majtek bez pytania Małża o zgodę wpływa pozytywnie na moją psyche, jest więc szansa, że będę czasem po(m)stować. Jeżeli w międzyczasie nie zasnę. Dobranoc.

* Nieuświadomionych uświadamiam, że praca grafika jest pracą zadaniową, czyli nieważne kiedy i gdzie, ma być gotowe najpóźniej w piątek o jedenastej i tyle.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013
O kobiecym zakłamaniu

Jestem na diecie. Tak, wiem, kłamałam pisząc, że mi to nie robi. Kłamałam pisząc, żeby nażreć się czekolady, bo to poprawia humor. Kłamałam sugerując, że wystarcza mi opinia mojego faceta.

Pewnego pięknego zimowo-wiosennego dnia okazało się, że moi teściowie mają w pokoju lustro. Duże. Szykując się do bardzo świątecznego śniadania stanęłam przed tym lustrem. Nie żeby coś, po prostu było po drodze. Wykrzywiło się do mnie. Ja wykrzywiłam się do niego i stanęłam na wszelki wypadek bardziej przodem, żeby nie było widać brzuszka. Lustro zarechotało wrednie. Oj. Niedobrze.

Tak właśnie wyglądał początek mojej gehenny. Oczywiście nie odmówiłam sobie tej pieczeni z jelenia, bigosiku i serniczka na zimno. No a babka czekoladowa to w ogóle ten tego. I mieli tofifi, które ja w ogóle bardzo. Ale ziarno zostało zasiane.

Walka została rozpoczęta. Z żalem patrzę na chlebuś i walające się po mieszkaniu krówki z Milanówka. Wykręcam nos w drugą stronę, kiedy kolega Małż szykuje sobie pełnoserowego tosta z majonezem i dużymi ilościami czegośtam. Pluję czerwoną niesłodzoną herbatą udając, że wcale nie jedzie podpleśniałą ścierką. Nie wyżeram pełnotłuszczykowego obiadku, który gotuję dla tak zwanej Rodziny. Jestem twarda. Przeważnie.

Bo czasem po cichu zjem kilka krówek. Albo w akcie rozpaczy łyżkę cukru. Gałczyński pisał o świni, którą odzwyczajano od jedzenia. Eksperyment prawie się udał, tylko świnia zdechła. Ja będę twardsza. Nie zdechnę. Po moim trupie.

środa, 03 kwietnia 2013
Pięć powodów, dla których niskim ludziom należy zabierać prawo jazdy

Być może zauważyliście, że kiedy na drodze trafiacie na wyjątkowego chama, on prawie zawsze jest MAŁY. „Małe” pewnie kojarzy się Wam z niepełnoletnimi egzemplarzami kotków, piesków oraz niewysoką babcią Jadzią, która kupuje na stacji Statoil. Czyli generalnie z rzeczami miłymi i mięciusimi oraz posiadającymi ciasteczka.

Nic bardziej mylnego. Mali ludzie nie są milusi i mięciusi. Na pewno nie za kierownicą.

Niski człowiek zawsze posiada kompleks. W przypadku kobiet, poczucie niższości jest spowodowane byciem kobietą. Niewielkich mężczyzn męczy syndrom kogucika (wszystkie małe, kolorowe koguciki są cholernie zajadłe), zaczerwieniający im twarze i podskakujący ich na siedzeniu kierowcy. Oczywiście dopóki ktoś do nich nie wstanie (osobną kategorią są faceci, którzy tylko częściowo nie grzesząc rozmiarami, fundują sobie wielokonne potwory a potem nie patrzą, gdzie się nimi wciskają).

Te kompleksy to tylko baza, podstawa, opoka naszej nikczemności. Przyczyn prawdziwych, uwalniających naszą nienawiść do świata, jest pięć:

  1. Niemożność dosięgnięcia schowka w drzwiach od strony pasażera. Tam zawsze znajdują się najbardziej potrzebne mapy i paczka chusteczek.
  2. Konieczność siadania na rozgrzanym silniku w celu dolania płynu chłodzącego.
  3. Włażenie do bagażnika, bo Wasze wyrośnięte dziecko zapomniało zabrać stamtąd ręczników papierowych.
  4. Stosowanie podnóżka z Ikei przy próbach własnoręcznego zamknięcia klapy bagażnika.
  5. Tłumaczenie policjantowi, że NAPRAWDĘ nie musicie już jeździć w foteliku. 

Nie dziwcie się, że widząc na sąsiednim pasie typa, który tego wszystkiego NIE MUSI wpadamy w szał. To się nie zmieni. Lepiej zabierzcie nam prawa jazdy, bo na empatię producentów aut, jako MNIEJSZA część społeczeństwa, nie mamy co liczyć.

Ps. Tak naprawdę tych przyczyn jest sześć. Ale szósta jest na obrazku, więc głupio by było jeszcze wymieniać ją w tekście. Prawda?

sobota, 23 marca 2013
Jeśli dziś sobota to jesteście głupi

W społeczeństwie spada umiejętność czytania ze zrozumieniem. Ogólnie w społeczeństwie jak sądzę. Zaraz powiecie, że to zależy od kilku czynników a jednym z nich na-pewno-ale-to-na-pewno jest wykształcenie. Otóż nie (podobnie jak wykształcenie nie jest wyznacznikiem kultury osobistej).

Można sobie obejrzeć to zjawisko w internecie. Być może jest to w jakiś sposób związane z Zawsze Wszystko Tłumaczącym Wyścigiem Szczurów. Przeciętny pracownik sektora bankowego, w przerwie na muffinkę z kawą, zwyczajnie nie ma czasu na czytanie całego, często przydługiego tekstu. Czyta wyrywkowo, zawieszając jedno oko na kluczowych czasownikach artykułu, a drugie na wystającej z prawej kolumny reklamie stanika. Pewnie dlatego musi potem nosić okulary.

Wszystko to bzdury. Jakim cudem mają więc czas na wystukanie czterystu siedemdziesięciu trzech komentarzy, z których trzysta dwanaście dotyczy prowiniencji autora artykułu, osiemdziesiąt dwa koncentrują się na ekspresyjnym wskazywaniu winnych za stan dróg i gospodarki, a pozostałe siedemdziesiąt dziewięć sugeruje, że większość rządzących to Żydzi i Masoni? Mówię wam, oni mają czas. Przerwa na muffinkę może być naprawdę długa, jeżeli macie wprawę w przeżuwaniu jednego kęsa trzydzieści razy - jak zaleca pewien dietetyk. Oni po prostu nie czytają ze zrozumieniem.

Być może receptą jest pisanie krótszych artykułów. Na przykład powyższe trzy akapity można by ograniczyć do krótkiego hasła. Niech to będzie „Wszyscy jesteście leniwi i macie pryszcze”. Na jedno wychodzi. W związku z tym wszystkich, którzy dobrnęli do końca mojej wypowiedzi pozdrawiam ciule.

sobota, 16 marca 2013
Zmyłka

Na Barbados dwadzieścia i siedem stopni w cieniu. Palmy fikuśnie machają liściastymi łapami. Turkusowo połyskuje horyzont, po piasku można tylko w klapkach, bo parzy. Natrąbiony karaibskim rumem Murzyn oferuje domki jakichś zagramanicznych ślimaków, cholera wie, jakim cudem i z czego to ewoluowało. Koło baru, na palach wbitych w przybrzeżny piach, suszą macki ośmiornice, zwisające beznadziejnie jak popsute parasole. Na kontuarze, zacienionym strzechą z suchych łap palmowych, oczekuje drink. Lepiej nie wiedzieć co tam włożyli, na szklankę wciśnięta papaja, dwie słomki, dużo lodu. Jest moc. Wrzeszczy jakieś ptaszysko, czyjeś żagle kołyszą się leniwie tam, gdzie woda już nie jest przezroczysta. Kawałek dalej trzeszczy calypso z nadwyrężonych dwudziestowatowych głośniczków.

Katuję Travel Channel. Za oknem minus trzy, śnieg znów zapomniał, że już połowa marca. Grzejniki olejowe zasuwają na dwie grzałki. Piesa trzęsąc kuprem galopuje z zamarzniętego podwórka, z wyrzutem patrzy mi w oczy. To na pewno moja wina. Przecież kilka dni temu już było ciepło i tak cudnie pachniało psimi kupami. Jak mogłam, ja podła, za tyle bezinteresownej miłości, taka zmyłka.

Olśniewający czerwienią zachód słońca zapowiada na jutro piękny zimowy dzień. Za dwa tygodnie Wielkanoc, pora lepienia tradycyjnego śniegowego zająca. Przy odrobinie szczęścia na Gwiazdkę będzie jak znalazł.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12