Powrót do strony głównej

Czytam


goodreads.com

KONTAKT Z AUTORKĄ

Blog > Komentarze do wpisu
Teleportacja

Kiedy byłam mała pociągi wiozły mnie do miejsc magicznych. Z kuchennego okna na parterze widać było daleki wiadukt kolejowy i przemykające po nim wagony. Przez chwilę w powietrzu unosił się zapach wakacji i posmak miejsc odległych, czarujących, pachnących jagodami, jeziorem, wrzeszczącymi mewami i chłodem górszczytów. Neurony drgały w rytmie Przygody i Tajemnicy. Przez jesień, zimę i wiosnę, sterczałam w tym oknie jak kołek, bardzo emocjonalnie podchodząc do każdego zauważonego „dalekobieżnego” wagonu.

Wreszcie nadchodziło lato, coraz większymi susami zbliżał się TEN dzień a mój układ nerwowy dostawał szajby. Wyjeżdżało się zawsze wcześnie rano. Poprzedniego wieczoru Mamunia z wielką pieczołowitością układała na wieszaku ubranie „na jutro”. Te ciuchy, starannie dobrane i doprasowane, nakręcały mnie do późnej nocy. Sny wtedy miałam niespokojne, dziwne, pełne stukotu kół, rytmu turkocącego w wymarzonym kierunku.

Rano niezmiennie do siatki wędrowało blaszane pudełko z obowiązkowym pomidorem, jajkami na twardo, ogórkiem i kanapkami. Cudowności dopełniał termos z herbatą, kusząco gorącą w chłodny poranek.

Pociąg dalekobieżny miał czarno-bury od niemycia kolor, nieśmiertelne pomarańczowe kanapy, i nijakie zasłonki, oznakowane zwielokrotnionym logotypem PKP. Skład telepał się przez kraj ze skromną prędkością, maszynista gwizdał machającym z pól i podwórek ludziom. Czuło się przez skórę, że powszedniość oddala się coraz bardziej, każda kolejna stacja (a było ich trochę) potęgowała odczucie, że Niezwykłość i Radosność jest za następnym zakrętem. Zbliżający się finał podróży wyznaczał kończący się prowiant oraz gorączkowe poszukiwanie wszystkich siatek, pudełek i kubeczków. Na korytarzu gęstniał chwiejący się tłum a w dołku ściskało od niepewności, czy NA PEWNO uda się wysiąść. Zwieńczeniem tego wielomiesięcznego przeżycia był peron docelowej stacji i absolutne przeświadczenie, że teraz będzie CUDOWNIE. I było, bo po tym wszystkim nie miało prawa nie być.

Dziś podróż spowszedniała. Udajemy się z punktu A do punktu B pachnącym ekspresem, z mobilnym barkiem na wyposażeniu i wtyczką na laptopa. Zatrzymujemy się na jednej, góra dwóch stacjach, linie kolejowe teleportują nas z Mazowsza na Kaszuby, z Wielkopolski na Podhale. Zamawiamy bilet przez internet, połowy bagażu nie pakujemy, bo dokupi się na miejscu. Sprawnie, szybko, komfortowo (że drogo to już inny temat).  Pyk-pyk: byłam tu, jestem tu. Nie miałam czasu na poczucie czegokolwiek, poza zasadniczo podłym smakiem śmietanki do kawy.

Podobnie wygląda podróż samochodem. Wskakujemy do wyciszonego wnętrza, nastawiamy radio i fru – już mkniemy szeroką (ewentualnie stosunkowo szeroką) drogą, okoloną lasem lub zasłaniającymi wszystko ekranami dźwiękoszczelnymi. Nieletni oglądają film na przenośnym DVD, my klniemy na kolejne przewężenie spowodowane Modernizacją Trasy, pasażer po prawej po dwudziestu minutach tnie komara (to zwykle ja - jakoś mnie nie bierze gapienie się bez sensu na dwupasmówkę). Zatrzymujemy się raz czy dwa na jakiejś stacji benzynowej, pijemy kawę z automatu, zagryzamy gorącym psem i znów za kółko. Trzy kilometry przed celem ładujemy się w korek gigant, dzięki któremu koniec podróży polega na wypadnięciu na pysk z fotela kierowcy. Nie dziwne, że po czymś takim akomodacja wakacyjna trwa kilka dni. O ile w ogóle ma miejsce.

Tymczasem na wyciągnięcie ręki mamy lekarstwo. Lekarstwo o dziwo nie nazywa się ani „rower” ani „per pedes” tylko Nawigacja. Otóż dobroczynny ten wynalazek (poza wyprowadzeniem paru mentalnych blondynek na zaorane pole lub w jezioro), potrafi wykonać rzecz niezwykłą: umie zmusić zagonionych nas do absolutnie bezkonkurencyjnej podróży w czasie. Wystarczy internet mobilny i opcja „najszybsza trasa – omijaj korki”. Telepiemy się wtedy z ograniczoną prędkością przez wioski, łąki, miasteczka, wąskimi drogami przemykamy przez obłędnie zielone lasy, pokazujemy palcami bociany, sarny, rozklapciane jeże i przyglądamy się z bliska pędzonym drogą krowom. Tak jeździło się kiedyś, kiedy Maluch był królem polskich szos a żarcie na drogę pakowało się do tekstylnych siatek a nie do portfela. Powiecie że dłużej? No co Wy. Przecież omijacie korki!

Ps. Kiedy wracałam ostatnio z Krakowa, w pociągu unosił się ślad tego dawnego „kolejowego” zapachu, który (między innymi) przyprawiał mnie kiedyś o takie emocje. Na Centralnym okazało się, że to niedomknięty kibel.

wtorek, 26 lutego 2013, kajagrafik

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: zyszkola, *.jmdi.pl
2013/03/07 13:33:17
A wiesz.
My sobie robimy takie wyprawy po Polsce, polegające na Jeżdżeniu Bokami.
Wyjechanie z tych Boków na Krajówkę to często jak zjechanie z nieba na ziemię. Przy czym zjeżdżalnia wysoko się kończy i o ziemię rąbiesz mocno pośladkami.
-
kajagrafik
2013/03/07 14:00:44
Ano właśnie. Dlatego kocham Navi - nie jeżdżę głównymi i nie ryzykuję, że Małż będzie wiedział lepiej ;)